Jeśli ze zdziwieniem przyglądacie się panoszącej się wszędzie jesieni, to jestem wam winna kilka słów wyjaśnień. Otóż wybrałam się w ostatnią letnią podróż tego roku i oficjalnie przywitałam się już z jesienią. Żadne miejsce nie nadawało się na to lepiej niż Szkocja, kraj dwóch pór roku, gdzie jedna – lato – trwa przez dwa do trzech dni, a pozostały rok wypełnia jesień w łagodniejszych lub ostrzejszych formach. Wrzesień jest jednak idealny żeby tam zajrzeć.

Powietrze jest przyjemne, deszcz na przemian ze słońcem w idealnie umiarkowanej temperaturze,
midges’ów(tutejszego przekleństwa pory przekornie zwanej latem) brak! Za to obecni są serdeczni przyjaciele, których nie odwiedzałam kilka miesięcy (Maju! Bogdanie!), przyjazne miasto które chce się przypodobać kokieteryjnymi zmianami wystroju, szkockie wybrzeże (dzięki któremu nieustannie daję się skusić na Fish&Chips) i wszystkie dobre wspomnienia które tam ostatnio zostawiłam. Tym razem postawiłam na turystykę poza miejską w której towarzyszył mi Patrice:) Wybraliśmy (za poradą Julie i Olivier) region południowej – zachodniej Szkocji -
Drumfries and Galloway. Z racji ograniczeń czasowych (tak, no trzeba pracować) nasza podróż potrwała trzy dni i wynisła około 350 mil.

Pierwszy odcinek Glasgow- Fairlie ustawiony został tak, abym mogła podrzucić Patrica do pracy w Greenock, a sama spędzić cały dzień z moją serdeczną przyjaciółką Julie oraz z mającym przyjść za 7 dni (23 września!) na świat jej synkiem. O Fairlie mówi się że to jest nieco ‘posh’ wioska. Mieszkają tam głównie ludzie na emeryturze, ale na takiej o jakiej chętnie byśmy pomarzyli :) za to chyba przypadli im do gustu nowi, francuscy lokatorzy, bo ilekroć mijaliśmy sąsiadów Julie i Oliviera, zawsze starali się powiedzieć słowo lub kilka zdań po szkocko - francusku ;)

Julie i Olivier mają na własność kawałek szkockiego wybrzeże! Nie dosłownie ale prawie! Morze (a dokładniej rzecz biorąc rzeka
Clyde, która łączy się na wysokości Fairlie z morzem) znajduje się w odłości 20 metrów od ich łóżka, nie trzeba nawet z niego wstawać aby rano mieć cudowny widok.




Z Julią spędziłam wspaniały, plotkarski dzień, a wieczorem dołączyli do nas Patrice i Olivier. Pojedliśmy, pogadaliśmy i poświętowaliśmy spóźnione ale dalej aktualne urodziny Julii i pożegnaliśmy się aby następnym razem zobaczyć się już na pewno w powiększonym składzie. Będzie z nami jeszcze Clyde (taka sama nazwa jak rzeki, choć jest to tradycyjne szkockie imię) lub Kyle. Decyzja zapadnie na dniach!!

Merci Ju&Olivier pour tout!!
My z Patricem ruszyliśmy dalej na południe. Punkt docelowy to
Mull of Galloway, najbardziej wysunięty na południe kawałek Szkocji, któro sztandarowym obiektem jest lighthouse – latarnia morska. Podobno przy dobrej pogodzie widać stamtąd wybrzeża Irlandii więc to też postawiliśmy sobie za cel. Wybraliśmy drogi wzdłuż wiodące wzdłuż brzegów morza. W Szkocji zawsze lepiej jest wybierać te poboczne drogi, a nie autostrady, bo kryją w sobie malownicze zakątki, zamki (a w Szkocji zachowało się ich na potęgę!), i turystyczne View Pointy.
No i rzeczywiście, zaledwie godzinkę od Fairlie – niewielki port Dunure...





z otaczającym go średniowiecznym zamkiem, parkiem oraz…labiryntem!


Po drodze do naszego celu zrobiliśmy jeszcze jeden krótki przystanek aby obejrzeć drugie w kolejności, najstarsze w Szkocji kamienie. Przyznam od razu, że gdyby nie chęci i entuzjazm Patrica, to na pewno nie zobaczylibyśmy tego zakamarku, bo ja byłam przeciwna, zmęczona i nie miałam ochoty oglądać jakiś tam kamyków...


Potem jechaliśmy już prosto do celu do naszego
East Muntloch Croft B & B wedle wskazówek Diane, właścicielki:
Directions:- on reaching Drummore follow signs for the Mull of Galloway until you reach the Mull of Galloway (3 mile) sign,
turn right along this road (Cairngaan Road), we are a short distance along on the right hand side - East Muntloch Croft.
Look forward to meeting you both when you arrive.I kiedy zgasiliśmy silnik samochodu tuż przed naszym B&B, nie mogliśmy uwierzyć, że przywitano nas w taki sposób:


Odebraliśmy klucze od pokoju i prędko skierowaliśmy się do oddalonego już jedynie o 10 min Mull of Galloway, aby obejrzeć słońce chowające się za irlandzkim wybrzeżem...


Foghorn/Corne de brume



Kolacje zjedliśmy w niewielkim lokalu tuż przy wjeździe do Drummore z polecenia Diane. Porcja Beef Pie dla mnie razem z pint’em ciemnego szkockiego piwa
Belhaven Best (półkwartą wedle wikipedii) a dla Patrice'a Black beens beef (mniami) z półkwartą piwa John Smith’s (mniamiii).

Potem już tylko powrót do domu, kominek i widok na Mull of Galloway, której latarnia morska wysyła sygnały co 20 sekund, choć wedle naszych obliczeń to było co 10!!
W niedzielny poranek bez pośpiechu zjedliśmy ‘lekkie’ szkockie śniadanie (herbata z mlekiem, tosty, jajka, fasolka, bekon, panecake....)i ruszyliśmy w trasę.

Kierunek Portpatrick z przerwą na godzinną wędrówkę w Ardwell Bay (ciągle w okolicach punktu C na naszej mapie podróży). Trasa wiodła wzdłuż wybrzeża (to była ta miła cześć dla mnie), a potem biegła wprost przez wielkie stado krów (to była ulubiona część Patrica) - nasz szlak turystyczny wiódł przez wyznaczone na pastwiska pola. Trzeba było się pilnować, zamykać za sobą bramy i furtki, tak żeby krowy pozostały w wyznaczonym dla siebie obszarze.
Ardwell Bay był naszym ostatnim dłuższym postojem, później zostało nam tylko podziwianie widoków z okien samochodu, który lewostronnie mknął do Glasgow, żeby zakończyć ostatnią letnia wyprawę tego roku.


Portpatrick

i jeszcze miasto artystów Kirkcudbright które w pośpiechu puściło nam oko ;-)