sobota, 27 listopada 2010

O babach w Łazienkach i pewnym napisie

Do Łazienek chodzę rzadko i nigdy o zmierzchu. A przecież są bardzo blisko i są jedną z przyjemniejszych wizytówek Warszawy! Tym razem też planowałam być tam za dnia, ale weekendowa wizyta Gdańszczan skorygowała te plany. W zasadzie to chodzi o Gdańszczanki, Martę, Anetę oraz kuzynkę Marty – Gosię (reprezentantkę Pionek), które zapowiedziały się na babski weekend w stolicy. Z babskiego zrobił się w prawdzie mieszany, ale kilka punktów programy udało się zrealizować w kobiecym składzie!
Po pierwsze wizytę w Łazienkach o zmierzchu. Trochę po omacku udało się nam w tym ogromnym parku odnaleźć naszego kompozytora, belweder w listopadowej szarudze, Pałac na wodzie i pawie na drzewie (!!). I jeszcze kilka wiewiórek oraz scenę teatru. Listopadowe Łazienki są melancholijno ponure i dość tajemnicze. Klimat nieprzeciętny, polecam :)






























Drugim babskim elementem była wizyta w Teatrze Współczesnym na sztuce Napis. Gorzka komedia o politycznej poprawności i usiłowaniu bycia na czasie, a cała fabuła kręci się wokół lokatorów pewnej paryskiej kamienicy, których sielankowe życie zakłóca nowy napis w windzie „Lebrun=ch...”. Obsada warta zakupienia biletu :)



W ten babski weekend włączyła się również mieszana już impreza na warszawskiej Pradze w „Składzie butelek”.



























I odpoczynek po i przed drogą. Aneta była tak miła, że porozwoziła towarzystwo po imprezie do domów. Potem należał się jej intensywny odpoczynek!



środa, 24 listopada 2010

Zmiany były i jeszcze będą!

Okazało się, że nic nie jest tak jak było. Mur zburzono, postawiono drzwi; zamiast sofy – niewielkie, krótkie i wąskie łóżko; zamiast pomalowanych ścian – beton. No i ten brzuch wskazujący godzinę ZERO minus trzy tygodnie! A wszystko to wywołuje naszą ekscytację i radość, bo odmienione mieszkanie wygląda przytulnie, a przyszła mama w pełni sił co rano przez 4 dni naszego pobytu biegała na basen.
Rodzinne spotkanie w Trójmieście przypadło na długi listopadowy, zwycięski weekend.
Mieszkanie jest zdecydowanie gotowe na przyjęcie nowego członka rodziny. Mimo, że nie wiadomo, kim będzie ten szczęściarz lub szczęściara, to miejsce będzie miał wyjątkowe. Ola i Rafał włożyli masę pracy w zmianę wyglądu mieszkania i efekty są wspaniałe – mieszkanie jest jasne, przyjemne, takie optymistyczne, każdy mebel dopracowany przez Olę i do tego wiele ozdobnych detali. Brawo dla pomysłowości Oli i wykonawstwa Rafała. Ja przetestowałam pokój dziecięcy (codziennie do 10 tej rano). Test wyszedł pozytywnie. Wróciłam wypoczęta :)



































Przyszła mama i tata próbują jeszcze na ostatnią chwilę doszkolić się z wiedzy o rodzicielstwie więc miejmy nadzieję, że maluch trochę się jeszcze pogrzeje w swojej wygodnej skrytce! Tym bardziej, że ciągle brakuje jeszcze jednego, istotnego elementu w tym zewnętrznym świecie – imienia! Nadaliśmy i odebraliśmy małej lub małemu przynajmniej setkę imion: Borys, Miłosz (Czesław Miłosz), Stasiu, Natasza, Napoleon, Jan Maria (najbezpieczniejszy wedle Rafała wariant)……Żadne się nie utrzymało, ale na pewno znajdzie się to właściwe w tym właściwym momencie.




Ostatecznie każdy produkt w finalnym etapie jakieś imię dostaje:







czwartek, 4 listopada 2010

Nicely put

Dołączam dzisiaj nowy element bloga. Nicely put czyli ładnie powiedziane (na prawo patrz) - wszystko czego sama nie wymyśliłam (dlaczego?!) a co pośród czytanych stron zapada mi w pamięć. Na razie testowo, bo czasem podobają mi się nie pojedyncze zdania a całe strony… a ich przepisywać raczej już nie będę.

Już listopad - czapka na głowę

Mile zapowiadający się październik zamienił się w burzliwy i chorobliwie jesienny miesiąc. Z blogiem jakoś nagle zrobiło się nie po drodze. Najpierw zażyłam tonę leków, później odstawiłam, potem znowu do nich wróciłam – skutki trudno ocenić do dziś, na mój gust sprawa nie jest zakończona.
Za to na pewno pewna wycieczka przyczyniła się do chwilowej poprawy! Otóż druga połowa listopada była obfita w spotkania rodzinne. Między innymi z moją kuzynką, która mieszka w Warszawie już kilka ładnych lat i wie gdzie wyciągnąć w niedzielny wieczór - na tzw. Warszawiankę. Namówić dałam się od razu, bo w saunie ostatnio bywam nie często. Niczym specjalnym wyprawa by się nie odznaczyła, gdyby nie fakt, że Justyna tuż przed sauną wręczyła mi Saunowy kapelusik! Fajnie, pomyślałam, nie zmarznę. Okazało się jednak, że czapki nie wkłada się po ale DO sauny! Dla mnie totalna nowość, ale nie omieszkałam nie spróbować. Czapeczka z filcu (na internecie znalazłam jeszcze z froty ale te wydają mi się mniej praktyczne) to rewelacyjny wynalazek. Wcale nie grzeje a wręcz ułatwia wytrwanie 3x15 minut w saunie albo ruskiej bani! Nie wiem jak ktoś wpadł na to, aby do sauny wejść w czapce, ale prawdą jest, że ciało najwięcej ciepła traci i przyjmuje właśnie przez głowę i stopy (buciki saunowe też istnieją), tak więc to wszystko wydaje się mieć sens!

Niestety nie byłam przygotowana na takie nowości i aparatu ze sobą nie zabrałam, więc zamieszczam zdjęcie z Internetu. Niczym nie różnią się od mojego egzemplarzu.